Idzie Człowiek Zapiski pod wspólnym niebem. Roman Zięba
Opis
Czytelniku, poniżej znajdziesz wstęp do książki i kilka słów wprowadzenia od o. Krzysztofa Pałysa OP: Wyjdź z twojej ziemi, z domu twego ojca, do kraju, który ci ukażę. (Rdz. 12,1) Te zapiski są owocem długiej drogi — drogi, która nadal trwa. Przez dwadzieścia lat pieszych wędrówek przez kolejne kraje uczyłem się, że katolicki pielgrzym może pozostać wierny swojemu chrześcijańskiemu dziedzictwu, a jednocześnie pozostać otwarty na doświadczenia i wiedzę ludzi spotykanych po drodze — często niechrześcijan — we wspólnym poszukiwaniu sensu istnienia i odpowiedzi na najważniejsze pytania. W głębokim doświadczeniu wędrowca, który przekracza granice państw, języków i religii, takie spotkania nie muszą prowadzi do konfliktu ani do taniego kompromisu. Przeciwnie — otwartość wobec Innego i wierność apostolskiemu kerygmatowi wyrastają z tego samego źródła: z uczciwej wierności samemu sobie w odkrywaniu Prawdy. Daleka droga w zdaniu się na Opatrzność, uczy, że prosty podział na „wierzących” i „niewierzących” jest mało użyteczny, a deklaracje i poglądy — zaskakująco kruche. W drodze szybko okazuje się, że ważniejsze od słów i doktryn są konkretne gesty. Żywy Bóg pozostaje blisko tych, którzy potrafią zaufać — zrobić krok w niepewność i „pójść za Nim”. Otwartość i wierność nie muszą stać daleko siebie jak dwa przeciwne bieguny. Po dwudziestu latach pieszych wędrówek przez kraje na czterech kontynentach coraz wyraźniej widzę, że mogą tworzyć twórcze napięcie — podobne do tego między ziemią a niebem, albo między śladem stopy odciśniętym w pyle drogi a dalekim horyzontem. W swoją drogę wyruszyłem po życiowej katastrofie, która w jednej chwili zniszczyła fundamenty mojego świata. Ja, do niedawna ekspert od ryzyk i specjalista od sukcesu, straciłem nagle rodzinę, dom, firmę, a wraz z nimi — kierunek i sens. Pogrążony w depresji, nie mając pojęcia, co mnie czeka, poczułem, że fizyczne wejście w niepewność jest jedyną możliwością, jaka mi pozostała. Przeczuwałem, że mój upadek był skutkiem kłamstw i manipulacji: tych, którym ulegałem, które nosiłem w sobie i które stosowałem wobec innych. Samotna wędrówka do Rzymu — bez środków i zabezpieczeń — miała stać się drogą ekspiacji i oczyszczenia. Chciałem odrzeć się z iluzji i przyjmując upokorzenie, dotrzeć do własnego, czystego centrum, które kojarzyłem z prawdziwą wolnością i w którego istnienie szczerze wierzyłem. Pierwszą lekcję pielgrzymowania dał mi plecak. Przeładowany, wypchany zabezpieczeniami, ledwo pozwalał iść. Żeby ruszyć dalej, musiałem go odchudzić — ale ceną była niepewność. Co będę jadł? Gdzie będę spał? Tego samego dnia, gdy pozbyłem się zapasów konserw, dodatkowych butów i zbędnego ekwipunku, spotkało mnie coś, czego się nie spodziewałem. Pierwsza osoba na mojej drodze nie tylko przyjęła mnie na nocleg, ale podała kolację i powierzyła mi swoją intencję modlitewną, którą miałem złożyć w Watykanie na grobie św. Piotra. Zaufanie, że jestem w stanie dotrzeć do Rzymu, przyszło do mnie z zewnątrz. Tak nauczyłem się zasady ufności — najważniejszej prawdy pielgrzyma. Gdy oddaję nadmiar, robi się miejsce na to, co naprawdę niezbędne. A ciężarów do oddania było znacznie więcej: lęki, uprzedzenia, fałszywe projekcje, na których zbudowany był mój dawny świat. Słowa Jezusa, by „nie brać ze sobą w drogę płaszcza ani dwóch sukien”, pozwoliły mi zrozumieć, że roztropność to jedno, a zaufanie — coś o wiele głębszego. Na drodze, na którą posyła Bóg, zabezpieczeniem nie jest ludzka zapobiegliwość, lecz On sam. Wierność i ufność okazały się najlepszym kapitałem i jedyną polisą bezpieczeństwa. Jednocześnie ta wierność nie jest czymś, co można raz zdobyć i zakonserwować. Wymaga ciągłego odnawiania — wystawiania się na próby, kryzysy i pytania, które pojawiają się po drodze. Najważniejsza pozostaje jednak otwartość na drugiego człowieka. Często na takiego, który jest całkowicie inny niż ja. To on, ten „inny”, jest lustrem, którego potrzebuję żeby prawdziwie przejrzeć. Wierność bez otwartości twardnieje w ideologię. Otwartość bez wierności rozpływa się w bezkształtnej mgle. Pielgrzym idący bez zabezpieczeń, zdany na drogę, ciało i spotkania, musi dbać o swoją tożsamość — inaczej zgubi kierunek. Ale potrzebuje obu tych postaw tak samo, jak każdy oddech potrzebuje dwóch płuc. Nie chodzi tu o tworzenie nowego systemu ani błyskotliwą syntezę. Nie o jakąś tezę do obrony. Idzie człowiek. Po prostu idzie. Nagi wobec świata. Jak Adam w raju, zanim zaczął nazywać stworzenia. Jak Abraham, który wyruszył, „nie wiedząc, dokąd zmierza”. Droga ma kierunek, choć nie nadaje go sam wędrowiec. Nie jest ucieczką od jednej doktryny ku drugiej, lecz próbą życia Bogiem tu i teraz — w świętym kroczeniu naprzód. OBRAZ BOGA W DRODZE Ewangelie od pierwszych kart podważają instynktowny podział na „swoich” i „obcych”. Jezus nie zaczyna od definicji przynależności, lecz od spojrzenia. „Jezus spojrzał na niego z miłością” — to zdanie pojawia się wcześniej niż jakiekolwiek kryterium czy ocena. Miłość wyprzed
